Życiorysta i Dark Horse

Janusz Rudnicki to jedyny autor, któremu (jako czytelnik) pozwalam kląć. On to robi z taką gracją, że nie brzmi jak przecinek, ale jak cały wielki przypis. Ale nie to jest największą wartością jego tekstów, choć istotnie nieskrępowany styl jest atutem.

Rudnicki, kiedy postanawia coś napisać, to możemy być pewni, że będzie to gorący kamień. Felietony rozrywają na strzępy, a wszystko inne kopie w podbrzusze. Tylko, że te teksty są jak swędzące bąble – musisz je drapać, aż do krwi, wtedy dopiero przychodzi ulga. Czyli – ostry seks z nieziemskim orgazmem.

zyciorysta

Taki też jest „Życiorysta”, jego ostatnia książka. Podzielona na trzy części przynosi na początek szczególne biografie-niebiografie. Raczej odważne impresje o życiu kilkunastu znanych postaci. Tylko, że autor nie pisze życiorysów, a wybiera sobie fakty, wydarzenia do opisania. Co więcej to są teksty polemiczne! Wyobrażacie sobie polemiczny życiorys? No to przeczytajcie quasi-pornograficzny tekst zatytułowany „Rozebrać Angelę Merkel”. Myślicie, że będzie o stripteasie? Nie u Rudnickiego! Tutaj chodzi o rozbiór rzeźniczy i plan kulinarny. Przeczytajcie też o Wagnerze, Freudzie (ale Lucianie), braciach Grimm, Wałęsie (ale Danucie), (Hannelone) Kohl i Kafce. A także niby-recenzję (co wprawiło mnie w drżenie, bo powstała w moim rodzinnym mieście) „Mein Kampf” autora znanego.

Rudnicki nie jest biografem, jest właśnie tytułowym „życiorystą”, który nie idzie spokojnie obok dziejów swoich bohaterów. On to staje, a to podbiega do przodu, obiega dookoła, czatując na moment dla siebie najciekawszy. Wyłapuje detale z precyzją dziecka, które szuka cukierków schowanych w szafce, żeby je potem przeżuć po swojemu. Ale jednocześnie jest też kimś, kto tych cukierków pilnuje, karcąc ciekawskich uderzeniem trzcinką. Czysta perwersja. Aż włosy stają dęba z rozkoszy.

09726da266f1cbabe2c3b2d045ed40df„Dark Horse” wpadł mi od razu na myśl, kiedy czytałem „Życiorystę” kolejny raz. Bo to wino wprost z winnicy „E&J Gallo Winery”, producenta paskudnych landrynkowych „Carlo Rossi”, który tym winem udowadnia, że potrafi stworzyć trunek zasługujący na uwagę. Nazwa idealna – „Czarny Koń”, który (uwaga będzie rym!) wciąga w dziką toń. Zawartość butelki ze srebrną etykietą i jakby wyłaniającym się z mgły łbem zwierzęcia to kwintesencja szaleństwa. Dopóki jest w butelce, to drzemie, ale nalany do kieliszka zaczyna zwariowaną podróż najpierw ciemną barwą z gron caberneta, a potem jeżynowym aromatem wzmocnionym czarną wiśnią. I przychodzi następnie czarna (a jakże!) kawa z wanilią, łagodną jak końska grzywa na wietrze. Smak, który może ponieść galopem na równinę, przynosi wyraźne, ale nie za mocne taniny i długi finisz, który jest wspomnieniem dzikiej gonitwy.

No i co, skusicie się? Trzymacie się tylko mocno w siodle, bo książka i wino mogą Was zrzucić z grzbietu.

Dodaj komentarz